Post edited 12:07 pm – April 3, 2012 by KPK
Problem w tym, że artykuł pierwotny z roku 2010 nie jest dostępny on line poza niewielkim rozmiarami streszczeniem.
http://journals.cambridge.org/…..id=7918883
CATRINA BANKS WHITLEY and KYRA KRAMER (2010). A NEW EXPLANATION FOR THE REPRODUCTIVE WOES AND MIDLIFE DECLINE OF HENRY VIII. The Historical Journal, 53, pp 827-848
Tu rozmowa z jedną z dwóch autorek: http://onthetudortrail.com/Blo…..enry-viii/
We also, as huge Tudor fans, enjoyed the series The Tudors, and had frequent discussions about the series. After the second to last episode of the second season, Kyra asked me “Why do they always blame the women for the loss of the pregnancies? I think it’s clear that Henry was the source of the problems.”
Musiałam się posiłkować przeczytaniem 20 artykułów o tym artykule
, w tym zaledwie kilka było na wyższym poziomie, ale za to znalazłam sporo cytatów ii sobie jakieś tam zdanie szybko wyrobiłam.
Jedna z autorek jest archeologiem i to chyba tzw. wolnym strzelcem, a druga jest paleopatologiem czy jakoś tak i pracuje na bardzo dziwnym amerykańskim uniwersytecie. Natomiast swój artykuł opublikowały w jednym z czasopism z zakresu historii – ie jest źle, bo wydawcą jest uniwersytet Cambridge, ale kompetencje pań ( w zakresie akurat historii medycyny za Tudorów i znajomości zasad pracy archiwalnej) są dla mnie podejrzane.
To już dla mnie jest lekko zastanawiające, że nie znalazłam w porządnych czasopismach naukowych dyskusji o tej teorii dwóch pań. Minus. Nie potraktowano jej poważnie, bo informacje i niejaka dyskusyjka na temat ich badań to spraw zwykłych gazet, głównie brytyjskich i kilku blogów popularnonaukowych. Drugi minus.
Tu coś o tej chorobie, którą Amerykanki zarzucają Henrykowi VIII: http://omim.org/entry/314850
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/bo…..s/NBK1354/
Do rzeczy. Wbrew twierdzeniom obu pań Henryk VIII nie miał sztandarowych objawów zespołu McLeoda. Właściwie nie miał żadnych typowych dla tej choroby, ale z tych dwóch symptomów, jakie podały (chyba tylko dwa), to część można zupełnie inaczej tłumaczyć. Cóż, objawy choroby nie pasują do tego, co mamy w żródłach bezpośrednich z epoki Henryka, tj. tworzonych przez jego lekarzy i relacji osób się z nim stykających.
Dla mnie jest ewidentne, że kobiety owe nie postąpiły jak badaczki z krwi i kości, tj, nie przejrzały wzmianek archiwalnych i nie wypisały sobie tych dolegliwości, które dręczyły Henryka. Po prostu uznały, że znalazły przyczynę, dopasowały sobie do niej to, co im pasowało, a resztę zignorowały lub nawet jej nie znały (sic!). Wstyd.
Po drugie, kobiety skupiły się na połączeniu dwóch spraw – poronieniach żon Henryka i małej liczbie jego dzieci żywo urodzonych oraz rzekomym objawom zaburzeń psychicznych u króla. Żeby spiknąć razem te dwie rzeczy, które mogły mieć zupełnie niezależne przyczyny (jeśli w ogóle należy je Henrykowi przypisywać, a z tym trzeba być ostrożnym!), wyszukiwały różne rzadkie choroby genetyczne i padło im na zespół McLeoda, czyli jedną z tych chorób, jakie przyporządkowano niegdyś grupie pod nazwą "neuroakantocytoza".
Co już mnie rozbawiło, panie z rozbrajającą szczerością zaznaczyły, że właściwie można brać pod uwagę przy poronieniach jedynie 2 żony na 5, z którymi współżył, a przebieg ciąż i porodów Katarzyny Aragońskiej zupełnie nie pasuje do tego, co badają, a więc choroby McLeoda. Super!
Znalazły nawet winowajczynię, tj osobę, przez którą choroba zagościła wśród jej męskiego potomstwa. Otóż miałaby nią być Jakobina Luksemburska. A to dlatego, że jej potomkowie płci męskiej miali problemy z płodnością, a płci żeńskiej nie. No świetnie! Ale żeby sprawdzić, czy miało to potomstwo jakiekolwiek syndromy opisane jako zespół McLeoda przez lekarzy, to już nie… po raz drugi pytam: Gdzie są badania archiwalne, które zajmują dużo czasu i które powinny być podstawą do ewentualnego formułowania teorii, a nie rzeczą dodatkową? Jak widać, archiwa leżą i kwiczą.
No cóż, dla mnie to tak samo wiarygodna teoryjka jak ta z porfirią Jerzego III albo nawet Marii Stuart i jej syna Jakuba VI (takie rzeczy już widziałam, zupełnie bezpodstawne, gdy wzięli się za ich weryfikację badacze siedzący w żródłach z epoki). Czyli polega to na tym, że z całego koszyka dolegliwości dokładnie opisanych jako cierpienia tych królewskich pacjentów wybiera się jedynie kilka, które do teorii chorobowej (wybranej wcześniej?) pasują. I twierdzi się, że odkrywamy oto prawdziwą przyczynę problemu oraz rozwiązanie dość skomplikowanej zagadki. Nie zarzucam paniom złej woli, czyli fałszowania źródeł i w ogóle zmyślania sobie czegoś, żeby było po ichniemu, ale podstawowe braki warsztatowe. Brrr…
Co więcej, domaganie się przez te panie z takiego powodu badań genetycznych dla potwierdzenia teorii, czyli wykopania Heńka z grobu i dokładnego przenicowania go pod kątem zdrowotnym, zakrawa na czystą bezczelność. Żeby Brytyjczycy robili remont podziemi katedry, naprawiali mu trumnę, to OK – wtedy przy okazji należałoby trumnę otworzyć i z pełnym szacunkiem szczątki przebadać. Wielu chorób i tak by nie wykryto, bo nir wszystko będzie można z kości wyciągnąć. Sporo chorób i deformacji nawet nei zostawia śladów w materiale kostnym, ale czytelnikom gazet można wszsytko wmówić, prawda? A Henryk VIII był już tylko kupą kości w XVII w. To co z niego zostało dzisiaj, skoro trumnę rozpruto i niszczał sobie przez tyle wieków, a jakiś żołnierz mu do tego kostki podbierał, żeby sobie coś z nich wyrzeźbić? Ej, ludzie, ludzie.
Już lepiej, jak teorie dotyczące chorób ludzi z przeszłości, których szczątki nie znajdują się jeszcze na stole sekcyjnym, formułują historycy-archiwiści, bo mają przynajmniej jakieś podstawy i konsultują to z lekarzami, najlepiej sądowymi albo z rzadkimi specjalistami w zakresie historii medycyny. Dla mnie totalna klapa i przykład tego, jak nie należy badać przeszłości.