Być może opowiadanie to nie najlepsza nazwa dla tego mojego pisania, bo jest to raczej szkic powieściowy, niemniej jednak proszę Was, moi mili, o recenzje.
Oczywiście, to dopiero pierwszy kawałek mojej radosnej tworczości i wymaga wielu, wielu poprawek, niemniej jednak chciałam się z Wami podzielić tym, co już napisałam.
Enjoy!
CZARNOOKA
Historię
najczęściej spisują potomni. Tym razem będzie inaczej. Tym razem ja, świadek
tamtych wydarzeń, opowiem wam o tych krwawych dniach w moim życiu.
Urodziłem
się w 1503 roku w zamku Ellington w Kencie; ojciec mój, Henryk, był zaufanym
człowiekiem króla Henryka VII. Ja sam, pod jego wpływem podjąłem naukę na
uniwersytecie w Cambridge, a w wieku lat 18 poślubiłem Elżbietę Brookes,
szlachciankę z królewskiego rodu, zamożną jak diabli. I to był pierwszy z wielu
błędów, które w życiu popełniłem.
Główną
przyczyną moich kłopotów, aż do dnia dzisiejszego, była pewna kobieta. A ten
testament ma na celu ujawnienie całej prawdy o moich z nią związkach.
W
moim otoczeniu koligacje rodzinne był wyjątkowo istotną kwestią. Dobrze
aranżowane małżeństwa bogaciły, podnosiły status rodu i jego prestiż. Nic zatem
dziwnego, że miałem całe mnóstwo wysoko postawionych krewnych: książąt,
hrabiów, dworzan i zauszników króla Henryka VII i jego syna, Henryka VIII.
Jedną z gałęzi mojego rodu byli Boleynowie, średnio zamożna, lecz wpływowa i
dumna rodzina. Tomasz Boleyn, głowa domu, i jego żona Elżbieta – czyli moje
wujostwo – mieli trójkę dzieci, moich kuzynów.
Najstarszy
z tej trójki, Jerzy, był moim rówieśnikiem. Nigdy za nim nie przepadałem – nie
zrozumcie mnie źle, po prostu jako dziecko bywał nieznośny, a uprzedzenia wobec
niego zakorzeniły się w mojej duszy już na zawsze. Dumny i butny, bardzo
uparty, a przy tym zadziorny, był moim przeciwieństwem. Miał jednak swoisty
urok, a dziewczęta go uwielbiały. Choć nie wyróżniał się urodą, był bardzo
bystry i inteligentny, a jako dziedzic ziem i tytułów także nieco rozpieszczony
przez rodziców.
Średnie
dziecko, córka Maria, była według mnie najnudniejsza. O ile butny Jerzy
wyróżniał się dowcipem i inteligencją, o tyle jedynym atutem jego młodszej
siostry była uroda. Zgrabna, błękitnooka blondynka o bladej cerze była obiektem
westchnień wielu chłopców. Jednakże nie miała zbyt lotnego umysłu i była dość
dziecinną osobą, przez co łatwo było nią manipulować i kierować. Jej przeznaczeniem
było wyjść za mąż i rodzić synów – a ona nie miała nic przeciwko temu.
Natomiast
najmłodsza, Anna, nie była zupełnie podobna do nikogo z Boleynów, zwłaszcza pod
względem fizycznym. Mówiąc szczerze, ilekroć ją widziałem, zawsze zastanawiałem
się, czy aby na pewno ciotka Elżbieta była w pełni wierna swemu mężowi –
oczywiście spowiadałem się z tej grzesznej myśli, lecz wątpliwości pozostały.
Anna, wysoka i szczupła, miała włosy czarne jak smoła, a przy tym ciemną,
śniadą cerę. Z tego powodu jako dzieci przezywaliśmy ją Cyganką, czego nie
znosiła. Lecz największą uwagę przykuwały oczy – duże, o kształcie migdała,
czarne o rdzawobrązowym połysku. Jednym słowem, zupełnie niezwykłe i
niecodzienne. Każdy jej krok, już od dziecka, był pełen wdzięku i gracji, w
porównaniu z nieco kaczkowatym chodem Jerzego i niezgrabnym Marii. Przy tym
inteligentna, bystra i ambitna, już jako mała dziewczynka wiedziała, że
przeznaczono ją do wielkich czynów.
Jako dzieci często bawiliśmy się w Hever, zamku
Boleynów, a czasem w naszym. Już wtedy najbardziej lubiłem bawić się z Anną,
choć zwykle byłem skazany na obecność kuzyna Jerzego. Kiedy dorośliśmy, nasze
drogi rozeszły się – Maria wyszła za mąż, Jerzy robił karierę pod pieczą ojca,
a Anna przebywała na kontynencie. Szkoda, że nie wiedziała, jak często moje
myśli jej towarzyszyły.
Wiosna
roku Pańskiego 1522 była zaiste piękna. Drzewa kwitły, a kwiaty zdawały się
pachnieć intensywniej niż w latach poprzednich. A może to była tylko iluzja,
wynik mojego podekscytowania?
Zamek
Hever prezentował się równie wspaniale jak zawsze. Piękna to była budowla,
skromna, lecz efektowna, wybudowana w sposób sprytny i przemyślany.
W
środku czekało na mnie wujostwo i kuzyn Jerzy. Po wylewnym powitaniu zaproszono
mnie na wieczorną ucztę i wskazano przeznaczone dla mnie komnaty, do których
niezwłocznie się udałem. Towarzyszył mi Jerzy.
- Dawnośmy się nie widzieli, nie sądzisz,
kuzynie? – zagaił, opierając się nonszalancko o framugę drzwi.
- Istotnie, dawno. – Chciałem się go pozbyć. A
zarazem interesowała mnie tylko jedna sprawa. – Powiedz mi, proszę, gdzie
znajdę bohaterkę dzisiejszego wieczoru?
Jerzy zachichotał cicho.
- Wiedziałem, że będzie cię to interesowało. –
Mrugnął okiem. – Jest w ogrodach. A teraz zostawiam cię samego, kuzynku! Do zobaczenia
wieczorem!
I
śmiejąc się do siebie, zszedł na dół.
Cieszyłem
się, że dał mi spokój. Pomimo poczucia humoru i dystansu do wszystkiego Jerzy
potrafił mnie zirytować, a teraz potrzebowałem chwili spokoju i samotności. Z
ulgą zamknąłem uchylone drzwi i usiadłem ciężko na łóżku. Miękkie materace
ugięły się pode mną z cichym jękiem.
Pomimo
radości, spowodowanej tym spotkaniem, byłem nieco zdenerwowany. Podekscytowanie
towarzyszyło mi już od momentu zaproszenia do Hever. Od ostatniego spotkania z
Anną minęło blisko 10 lat; kiedy wyjeżdżała w 1513 roku do Niderlandów, miała
niespełna 7 lat, a ja 11. Mimo wszystko zapamiętałem ją jako wspaniałą istotę i
taką też jawiła mi się przez te wszystkie lata. Żywiłem do niej taką dziecięcą
sympatię i przez ostatnie lata nieraz zastanawiałem się, jak się miewa. Co
więcej, miałem dobre stosunki z jej ojcem, który lubił moje wiersze, i który z
chęcią opowiadał mi o zagranicznych sukcesach najmłodszej córki. Rzeczywiście,
miał ku temu powody: Anna była uwielbiana nie tylko przez arcyksiężną Austrii,
lecz także przez dwór francuski, zwłaszcza królową Klaudię. Co więcej, wyrosła
na dobrze ułożoną i wykształconą pannę, a pobyt za morzem dodał jej ogłady. A
po francusku mówiła ponoć jak rodowita Francuzka.
Teraz
wróciła do Anglii, a jej ojciec zamierzał umieścić ją na dworze królewskim, a później znaleźć jej
wysoko postawionego męża. Nawet wspominał o jakimś kandydacie, lecz kwestia
była dopiero negocjowana.
Przyjęcie,
wydawane dziś wieczorem, miało uczcić powrót młodej Boleyn do ojczyzny. Już od
kilku dni rodzina zjeżdżała się do zamku. Niestety, obowiązki dworskie
uniemożliwiły mi wcześniejsze przybycie. A teraz jestem tak blisko Anny…
Nakazałem
służącym wuja rozpakować swoje rzeczy, a sam, bijąc się wciąż z myślami,
ruszyłem w stronę przyzamkowego parku. Przechodząc przez dziedziniec zauważyłem
nadjeżdżający powóz wuja Norfolka. Szybko przemknąłem w stronę bramy; spotkanie
z drażliwym krewnym zdecydowanie mnie teraz nie nęciło.
Szedłem
dość szybkim, nerwowym krokiem przez dużą polanę, kierując się w stronę
niewielkiego lasku. Intuicyjnie wyczuwałem, że gdzieś tam musi być Anna.
Istotnie, nie myliłem się; zauważyłem zarys jej postaci pod rozłożystym dębem
na skraju lasku.
Siedziała
na ziemi, podparta wygodnie o pień drzewa, nogi miała lekko ugięte i w
zamyśleniu trzymała w ustach koniuszek kciuka lewej ręki. Długie, rozpuszczone
włosy opadały jej swobodnie na ramiona, a ciemnozielona suknia podkreślała
śniadą cerę.
Obserwowałem
ją przez chwilę; wyraźnie poważnie nad czymś rozmyślała. Nie chciałem jej
przeszkadzać, a zarazem wiedziałem, że nie mogę dłużej czekać. Podszedłem.
- Anno? – zwróciłem się do niej.
Wyrwana
nagle z zamyślenia, spojrzała na mnie czarnymi jak heban oczami. Zauważyłem w
nich zaskoczenie, zmieszanie, a w końcu radość.
- Tomaszu, to ty? – zapytała, wciąż zdumiona
tym, co widziała.
Fizycznie
specjalnie się nie zmieniła. Nadal miała tak samo czarne włosy i oczy, w
których błyskały wesołe iskierki. Rysy jej twarzy zmieniły się; choć szlachetne
i regularne, pięknością nie była. Ładna owszem; lecz nie piękna. I, co więcej,
wyraźnie odznaczał się jej boleynowski nos, co rozwiało moje wątpliwości co do
jej pochodzenia.
- Tak, to ja. – Nie mogłem powstrzymać
uśmiechu.
Wstała
szybko i rzuciła mi się na szyję.
- Ach, mój kochany kuzynek! – śmiała się,
przyciskając mnie do siebie. Odwzajemniłem uścisk.
- Jak dobrze cię znowu widzieć! Dziesięć lat,
kto by pomyślał… – powiedziała, gdy z powrotem stanęliśmy naprzeciwko siebie.
- Tak, szmat czasu – odparłem – lecz ty, droga
Anno, zupełnie się nie zmieniłaś!
Było
w tym trochę prawdy. Nawet w tej blisko 16-letniej Annie pozostało coś z tej
małej dziewczynki, którą tak dobrze zapamiętałem.
- Chyba sobie żartujesz. Ojciec martwi się, że
już nie znajdzie mi męża, taka jestem stara! – zaśmiała się, choć wyczułem w
jej słowach nutę goryczy.
- Zamążpójście ważna rzecz. Ja sam ożeniłem
się rok temu.
- Tak? – zdziwiła się. – A kim jest ta
szczęściara? – dodała z nutką ironii.
- Pani Elżbieta Brookes, obecnie Elżbieta
Wyatt – odpowiedziałem, ignorując jej sarkazm.
- Ładne imię. Elżbieta.
- Nazwij tak pierwszą córkę – odpłaciłem jej
ironią.
- O nie! Kobiety mają rodzić tylko synów,
zapomniałeś? Córki są jedynie ciężarem – jej głos był smutny i gorzki.
- Skąd taka myśl, droga Anno?
- Z obserwacji.
Ponownie
zadumała się, opierając o pień dębu.
- O czym tak rozmyślasz? – zapytałem
bezceremonialnie.
- O moim przyszłym mężu.
Czyli
negocjacje zaręczynowe weszły w ostateczną fazę.
- A któż to taki?
- Mój irlandzki kuzyn James Butler –
westchnęła ciężko.
Zapadła
chwila krępującej ciszy. Anna nie miała siły się zwierzać, a ja sam nie
wiedziałem, co jej rzec. Butler był dziedzicem sporych ziem, które były
przedmiotem sporu między wujem Tomaszem a rodem Butlerów. Tym ożenkiem wuj
chciał „wykupić” te majątki i dołączyć do swych posiadłości. Słowem, chciał kupczyć
własną córką i jej szczęściem.
- Problem w tym – podjęła Anna po chwili – że
ja nie chcę za niego wychodzić.
Ryzykowne
stwierdzenie. Wuj chyba by się przewrócił, gdyby usłyszał, że jego córka „nie
chce”.
- Bo…? – zapytałem.
- Bo go nie kocham – stwierdziła to takim
tonem, jakby najnormalniejsze w świecie było, że córki szlachciców wychodzą za
mąż z miłości! Jako poeta mogłem zrozumieć jej punkt widzenia, lecz wiedziałem,
że Boleynowie prędzej zamkną ją w klasztorze, niż pozwolą na samodzielny wybór
męża.
- Anno, zrozum, tak to już jest w świecie, że
kobiety nie wybierają sobie małżonków. Twoi rodzice na pewno dokonają
najlepszego dla ciebie wyboru – zapewniłem ją, nie wierząc we własne słowa.
- Nie obchodzi mnie to, jak jest w świecie! –
krzyknęła nagle. – Ja zamierzam poślubić kogo mi się podoba! I nikt, ani
rodzice, ani brat, ani nawet ty, nie będzie mi mówił co mam robić!
I odeszła szybkim krokiem w stronę zamku.
Zapowiadał
się piękny, ciepły wieczór. Stałem przy oknie swojej komnaty i nerwowo miąłem
skraj nowego kaftana. Rozmowa z Anną nie przebiegła dokładnie tak, jakbym sobie
tego życzył. Scenariusze tego spotkania, które od tygodni układałem sobie w
myślach, nie uwzględniały takiego toku zdarzeń.
Mówiąc
szczerze, odechciało mi się brania udziału w tej uczcie. Wysłuchiwanie
pompatycznych pochwał wuja, rubaszne dowcipy Jerzego i chmurny nastrój Anny
bynajmniej mnie nie bawiły. Wręcz przeciwnie – czułem się przytłoczony całością
tego przedstawienia. Ale skoro już się zdeklarowałem, nie pozostało mi nic
prócz wzięcia głębokiego oddechu i ruszenia do sali jadalnej.
Kiedy
tylko wszedłem, zauważyłem, że wszyscy zaproszeni kręcili się po tym dużym
pomieszczeniu. Anna i Jerzy śmiali się w czegoś głośno w towarzystwie innych
kuzynów, Maria siedziała osamotniona przy stole, a wujowie Boleyn i Norfolk
siedzieli w kącie sali i rozmawiali o czymś z podejrzanymi, poważnymi minami.
Maria
Boleyn, dwa lata starsza od siostry, wydawała się nieco samotna, dlatego też
podszedłem do niej. Na dworze rzadko mieliśmy okazję porozmawiać, bowiem Maria
cieszyła się łaskami króla Henryka i spędzała z nim większość swego czasu. Jako
królewska metresa, czerpała liczne profity ze swej pozycji; głównie jednak
korzystała z tego jej rodzina. Jej wrodzona skromność i nieśmiałość ułatwiała
Boleynom wykorzystywanie cichej Marii.
- Witaj, droga kuzynko! – powitałem ją,
całując ją w policzek. Nieco się zarumieniła.
- Witam cię, Tomaszu – odparła.
- Przyznaję, że małżeństwo ci sprzyja, jesteś
piękniejsza niż kiedykolwiek! – Nie było to kłamstwo, bo była urodziwa jak
zawsze, choć sądziłem, że to raczej królewski romans tak ją upiększył.
- Jesteś bardzo miły, kuzynie – ponownie się
zaczerwieniła.
- Zaiste, moja droga, za rzadko się widujemy
na dworze, nie uważasz? Chciałbym…
Nie
mogłem dokończyć, bo poczułem czyjąś rękę na ramieniu.
- Tomaszu, pozwól ze mną. – To był wuj
Norfolk.
Tomasz
Howard, hrabia Norfolk, mój wuj, był bratem ciotki Elżbiety i szwagrem wuja
Boleyna. Szorstki, drażliwy i wyrachowany człowiek, był jedną z moich postrach
z dzieciństwa. A te suche słowa nie mogły wróżyć niczego dobrego.
Przeprosiłem
więc Marię i dołączyłem do wujów w kąciku, w którym rozmawiali dotąd.
- Nie będę owijał w bawełnę – zaczął Norfolk.
– Masz dobre stosunki z Anną, nieprawdaż? Chcielibyśmy cię poprosić, byś
przemówił jej do rozumu.
- To znaczy? – zdziwiłem się. Anna nigdy nie
sprawiała kłopotów wychowawczych, choć miała swój temperament. O co im mogło,
do diaska, chodzić?
- To znaczy – odparł zniecierpliwiony Boleyn –
że masz ją przekonać do małżeństwa z Butlerem.
Jego
słowa zabrzmiały prawie jak rozkaz. Mimowolnie spojrzałem na Annę, która
znajdowała się w centrum uwagi wszystkich gości, i która co chwilę wybuchała
głośnym, dźwięcznym śmiechem.
- Tak się składa, że o to się z nią dziś
pokłóciłem – odparowałem nieco bezczelnie. – Nie chciała mnie słuchać.
- Nie? – zdziwił się Norfolk. – Psiakrew… Co
za dziewucha…
- Wybacz to pytanie, ale skąd taki temat
waszej rozmowy? – zapytał Boleyn.
- Powiedzmy, że zastanawiała się nad swoją przyszłością
u boku Jamesa…
- I? – ponaglił mnie wuj Norfolk.
- I stwierdziła, że za niego nie wyjdzie.
Wuj
Boleyn o mało się nie roześmiał, ale Norfolkowi nie było do śmiechu.
- Jak to: nie wyjdzie? Czy ona sądzi, że ma
coś do gadania? – zapytał.
- Najwyraźniej tak – chciałem uciąć tę
dyskusję, która prowadziła donikąd.
- Zastanawiające… Nie ma co, Boleyn, nieźleś
sobie tę Annę wychował. Co do tej rozmowy – spróbuj jej przemówić do rozumu.
Zaskarbisz sobie naszą wdzięczność.
I
gestem wskazał mi, bym się oddalił.
Cały
wieczór spędziłem w towarzystwie Jerzego, który był w wyśmienitym humorze i
raczył mnie opowieściami o swych miłosnych podbojach. Wiedziałem, że są one
podkoloryzowane, niemniej jednak nie przerywałem mu. Słuchanie tych dworskich
romansów sprawiało mi nawet przyjemność.
Uczta
była całkiem udana, toast za Annę wszyscy wychylili radośnie. Sama
zainteresowana nie była zbyt szczęśliwa, choć udawała zadowoloną z całej tej
urządzonej na jej cześć pompy. Nie zaszczyciła mnie niczym innym prócz chmurnych
spojrzeń, a ja zastanawiałem się, czy przyjazd do Hever był dobrą decyzją.